|
| |
aus: "Europa" - Wochenendbbeilage zur polnischen
Tageszeitung "Dziennik", Nummer 279, 8. August.2009
Titel übersetzt: "Merkel hat starke Führungseigenschaften"
Karolina Wigura rozmawia z Gerdem Langguthem
Merkel to rasowy przywódca
KAROLINA WIGURA: Czy Niemcy mają właściwego kanclerza na
czasy kryzysu?
GERD LANGGUTH*: Ogólnie rzecz biorąc, Angela Merkel dobrze sprawuje swoją
funkcję. Przyznają to nawet te osoby, które nie podzielają jej poglądów
politycznych. Od samego początku udaje jej się zachowywać wysokie poparcie
społeczne. Rozwinęła ogromną umiejętność dopasowywania swojego stanowiska do
opinii innych. Choć była na początku sceptyczna wobec wielkich programów poprawy
koniunktury gospodarczej, w odpowiednim momencie potrafiła złagodzić swoje
stanowisko. Udaje jej się również dobrze współpracować z ministrami wywodzącymi
się z SPD, w tym z ministrem finansów Peerem Steinbrückiem.
Jakie nastroje panują dziś w Wielkiej Koalicji? Od samego
początku jej utrzymanie nie było łatwe, a dziś - w obliczu potrójnych wyborów w
roku 2009 i kryzysu finansowego - współpraca stała się zapewne jeszcze
trudniejsza.
Im bardziej zbliżają się wrześniowe wybory do Bundestagu, tym atmosfera w
rządzie gęstnieje. Jednak to, że przez ostatnie cztery lata udało się tę
koalicję utrzymać, samo w sobie jest sukcesem. Zawdzięczamy to temu, że Merkel
nie jest "żelazną kanclerz", która jak jej poprzednik Gerhard Schröder
poważniejsze spory kończyłaby, mówiąc: "Dość!". Niemcy Merkel to przykład
demokracji konsensualnej, gdzie szef rządu ma co prawda decydujący wpływ na
podejmowane decyzje, ale pamięta o tym, że potrzebne mu jest większościowe
poparcie we własnej koalicji. Merkel musi być tego świadoma, ponieważ jej
koalicja obejmuje dwie największe partie, które są w Bundestagu. Musi dążyć do
kompromisu.
Niektórzy zarzucają jej jednak, że bardziej "moderuje",
niż rządzi.
To nieprawda, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej. Natomiast jeśli w
sprawach wewnętrznych, gdy dochodzi do fundamentalnych sporów, prosi o ich
rozwiązanie swojego sekretarza generalnego, czyni tak tylko po to, by uniknąć
ataków koalicjantów.
Jak ocenia pan bilans tej koalicji podczas kryzysu? Jakie
były według pana jej największe sukcesy i największe porażki?
Trzeba byłoby zacząć od początku. Do bilansu tej koalicji należy reforma systemu
zdrowotnego, co do której niektórzy twierdzą, że nie poszła wystarczająco daleko
- trzeba jednak pamiętać, że prace nad nią nie były łatwe, bo w koalicji reforma
ta wywoływała ogromne spory. Wykonano również wysiłek na rzecz załatania dziury
budżetowej, z którą pozostawiły Niemcy poprzednie rządy. Niestety później, wraz
z kryzysem, zadłużenie stało się jeszcze większe. Należy jednak przyznać, że
Merkel nie należy do tych polityków, którzy pragną poprawy koniunktury za cenę
nowego zadłużenia gospodarczego. Co prawda po dłuższym namyśle zgodziła się na
wdrożenie niektórych programów pobudzania koniunktury, jednak uczyniła to tylko
ze względu na silny nacisk, jaki wywierały na nią inne partie w koalicji, a
także partnerzy międzynarodowi i opinia publiczna. Powiedziałbym, że raczej nie
popełniła poważnych błędów - choć nigdy nie jest do końca jasne, w jakiej mierze
na jej sposób myślenia wpływają argumenty ekonomiczne. Tak jak w wypadku płac
minimalnych - szalenie kontrowersyjnego tematu w Niemczech - gdzie ustąpiła o
wiele bardziej, niż sugerowało jej to zorientowane ekonomicznie skrzydło jej
własnej partii. Jestem też sceptyczny, gdy chodzi o przyjęte przez rząd Merkel
specjalne programy pobudzania koniunktury dotyczące przemysłu samochodowego -
mam na myśli dopłaty do zniszczonych aut przy kupnie nowych. Uważam to za
krótkowzroczny pomysł. Co ważne jednak, Merkel nie podjęła ani jednej decyzji,
która stałaby w sprzeczności z nastrojami społecznymi. Wyróżnia ją fascynująca
zdolność do odgadywania, czego pragnie większość wyborców.
To prawda, że Angela Merkel cieszy się dużą popularnością,
jednak nie przekłada się to zupełnie na poparcie dla CDU. Kilka miesięcy temu
notowania tej partii spadły do 32 procent. Czyżby to tu tkwił największy problem
obecnej kanclerz przed zbliżającymi się wyborami?
Ostatnie sondaże były już nieco lepsze (i gorsze dla SPD). Jednak prawdą jest,
że sama Merkel cieszy się nieporównanie większą popularnością niż jej własna
partia. To nowość w historii Republiki Federalnej. Dawniej, za czasów Helmuta
Kohla, to kanclerz miał znacznie gorsze notowania niż CDU, która we wczesnych
latach po zjednoczeniu utrzymywała stabilny wynik około 40 procent poparcia.
Dziś jest inaczej i zjawisko to pokazuje, że niemiecki system partyjny stał się
bardzo kruchy. Liczba stałych wyborców konkretnych partii niezmiennie maleje.
Problem leży też zresztą w samej CDU, jest tam wiele osób, które grają przeciwko
Merkel - choćby niektórzy szefowie rządów krajowych. Choć w tym momencie Merkel
ma w swojej partii silną pozycję, gdyby doszło do politycznego kryzysu, jej
autorytet mógłby się bardzo łatwo załamać.
Czy w tej sytuacji Frank-Walter Steinmeier ma szansę na
kanclerski fotel?
Mimo wszystko prawie żadnej. Niektóre dzisiejsze prognozy wskazują raczej na
możliwość utworzenia rządu przez CDU, CSU i liberałów z FDP. Moim zdaniem
jeszcze prawdopodobniejsze jest, że po wyborach będziemy mieli do czynienia z
kontynuacją Wielkiej Koalicji. Co do samego Steinmeiera, nie można mu odmówić
sukcesów na polu polityki zagranicznej, ale już dziś wiemy, że nie udała mu się
próba zmiany wizerunku na polityka zajmującego się polityką wewnętrzną i
poważnego kandydata na kanclerza. Nie robi wrażenia człowieka władzy, lecz
ostrożnego biurokraty. Nigdy nie był osobą stojącą w ogniu walki wyborczej, a
teraz musi nagle zmienić się w kandydata numer jeden - to dla niego zbyt potężne
wyzwanie. Do tego dochodzi fakt, że socjaldemokracja, nie tylko w Niemczech, ale
w całej Europie, znajduje się w głębokim kryzysie.
Jeśli zatem rzeczywiście obecna kanclerz pozostanie na
swoim stanowisku, będziemy mogli już mówić o "erze Merkel". Dlatego chciałabym
teraz zapytać pana o jej szczególne cechy jako przywódcy. Niektórzy nazywają ją
"Machiavellą" niemieckiej polityki…
Być może słusznie, ale nie chodzi tu o negatywne znaczenie tego terminu. Merkel
jest par excellence człowiekiem władzy - tyle że bardzo nietypowym. Aby to
zrozumieć, musimy być świadomi, że rozpoczęła swoją karierę polityczną dopiero w
wieku 35 lat. Mając bardzo niewielkie doświadczenie, pokonała niebywałe
trudności, by ostatecznie zostać kanclerzem. Jej zdolności były zresztą przez
długi czas niedoceniane. Szczególnie interesujące jest to, że na przykład nikt z
jej byłych szkolnych kolegów nie przypuszczał, iż mogłaby posiadać cechy
przywódcze. A jednak już po roku działalności politycznej - była zaangażowana w
ruch obywatelski jeszcze w byłej NRD - otrzymała tekę ministra federalnego. W
świecie polityki, tak dalece zdominowanym przez mężczyzn, była w stanie pokonać
takich gigantów jak Helmut Kohl czy Wolfgang Schäuble i zająć ich miejsce.
Jak bardzo różni się Merkel od swoich poprzedników - Kohla
i Schrödera?
Merkel jest - gdy chodzi o pochodzenie - jedyną z tej trójki, która nie musiała
pokonywać olbrzymiego dystansu na drabinie społecznej. Kohl pochodzi ze
środowiska politycznego katolickiej drobnej burżuazji, Schröder od swojej matki,
biednej wojennej wdowy, nie otrzymał żadnego politycznego przygotowania. Merkel
natomiast pochodzi z rodziny burżuazyjno-akademickiej, wychowała się w domu
pastora, gdzie panowała tradycyjna etyka stawiania dzieciom wysokich wymagań.
A fakt, że Merkel dorastała w NRD, uważa pan za mniej
ważny?
To z całą pewnością bardzo istotne. Jednak - choć Merkel spędziła dzieciństwo i
młodość we wschodnich Niemczech - jej rodzina zawsze była odwiedzana przez
przybyszów z Zachodu. Ojciec, Horst Kasner, jako pastor kościoła luterańskiego,
miał wielu znajomych z RFN. Małej Angeli nie brakowało okazji, by czynić
porównania między rzeczywistością Niemiec Wschodnich i Zachodnich. Merkel była
też bardzo zintegrowana ze wschodnioniemieckim społeczeństwem, należała do Freie
Deutsche Jugend (Wolna Młodzież Niemiecka, FDJ - komunistyczna organizacja
młodzieżowa Niemieckiej Socjalistycznej Partii Jedności w NRD - red.) podobnie
jak większość jej rówieśników. Co szczególnie istotne, jej ojciec należał do
tych pastorów, którzy współpracowali z reżimem, przez co zaskarbił sobie
przydomek "czerwonego Kasnera". Późniejsze zaangażowanie Angeli Merkel w CDU
odczytuję więc jako rodzaj politycznej emancypacji od rodzinnego domu - tym
bardziej że jej matka już po przełomie 1989 roku zapisała się do SPD. Decydujące
dla charakteru Merkel są wreszcie szalenie wysokie wymagania, które od dziecka
sobie stawiała. Jej życie jest spełnieniem marzeń "idealnej uczennicy". Również
rodzice powtarzali jej zawsze, że aby - jako córka pastora - mogła uczyć się w
szkole średniej, a potem na uniwersytecie, musi być lepsza od wszystkich innych.
To dążenie, by "być lepszą niż wszyscy inni", do dziś decyduje o jej
charakterze.
Ta cecha długo była jednak przyczyną antypatii wielu osób
do niej. Nazywano ją "nieprzystępną" i "zdystansowaną".
To prawda, że sprawia często wrażenie osoby chłodnej, "sfinksa". Okazywanie
uczuć przychodzi jej z trudem. Ale też ukrywanie własnych emocji przed innymi
należało do najważniejszych strategii przetrwania w "Stasilandzie".
Nazywano też Merkel "dziewczynką Kohla"…
Nie podobało jej się definiowanie jej osoby poprzez autorytet Kohla, dlatego z
czasem doprowadziła do tego, że takie określenia zniknęły z politycznego
dyskursu. Myślę, że każda epoka ma swojego kanclerza. W przeciwieństwie do Kohla
Merkel jest zainteresowana wszystkim innym, tylko nie historią. Dla niego
historia, jej interpretacja i tworzenie, były życiową pasją - choć pod koniec
sprawowania przez siebie urzędu nie potrafił odnaleźć się w epoce
internetyzacji. Kohl był też ze wszystkich trzech kanclerzy po zjednoczeniu
najbardziej "ideologiczny". Z kolei Schröder, z zawodu prawnik, ucieleśniał coś
w rodzaju niemieckiej nowoczesności. Podobnie jak Merkel miał trudne relacje ze
swoją własną partią - ale był też często odbierany jako człowiek bez skrupułów.
Angela Merkel jest z kolei typem człowieka rozwiązującego problemy - również w
tym sensie różni się od Kohla.
Skoro wspomniał pan o Gerhardzie Schröderze i
ukierunkowaniu Merkel na rozwiązywanie problemów, chciałabym zapytać o politykę
zagraniczną Niemiec pod rządami Wielkiej Koalicji.
Merkel udało się dość szybko unormować stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, które
po epoce Schrödera były mocno skomplikowane. Pani kanclerz krytycznie odnosi się
również do Putina. Kontrowersje w koalicji wzbudziło co prawda to, że przyjęła w
swoim gabinecie Dalajlamę - decyzja ta doprowadziła do napięć w relacjach z
Chinami. W polityce europejskiej enerdowskie pochodzenie wychodzi jej na dobre,
bowiem niewielu zachodnich polityków potrafi tak jak ona wczuć się w owe realia.
Reprezentuje również raczej proeuropejskie nastawienie, próbując iść w tym
względzie śladami Kohla - choć zaznaczmy, że sama sytuacja w Europie nie jest
już tak sprzyjająca jak w latach 90. Wówczas politykę europejską kształtowała
"koalicja czterech" - Helmut Kohl, Francois Mitterrand, Felipe Gonzalez i
Jacques Delors. Dziś o takiej "drużynie" możemy najwyżej pomarzyć. Do tego
Europa nie składa się już z 12 czy 15 państw. Dlatego o wiele trudniej jest
porozumieć się odnośnie wspólnych projektów. Pani kraj jeszcze niedawno był w
tym układzie bardzo trudnym partnerem.
A jak ocenia pan dzisiejsze relacje polsko-niemieckie?
Zasadniczo dobrze. Wedle mojej wiedzy, Donald Tusk i Angela Merkel raczej się
rozumieją. Rzecz jasna, do dziś istnieje szereg kwestii drażliwych, takich jak
sprawa polskich i niemieckich wypędzonych. Znam bardzo wielu Niemców,
pochodzących z dzisiejszych terenów Polski, którzy pracują intensywnie nad
pojednaniem. Należy rozumieć, że często wspominane "prawo do ojczyzny" nie
oznacza, iż niemieccy wypędzeni chcą dostać swoją ojczyznę z powrotem, ale
potrzebują uznania, że przypadł im w udziale ciężki los.
Należy tu jednak podkreślić, że dokładnie to samo kieruje
wieloma Polakami. Jest to pragnienie, które przez 50 lat trwania komunizmu nie
mogło zostać wyartykułowane.
Z całą pewnością ma pani rację. Ale też w tym sensie potrzeby niemieckich
wypędzonych powinny znaleźć zrozumienie właśnie w Polsce. Kiedy jednak tak
niesłychanie ceniona i szanowana w Niemczech osoba, jak Władysław Bartoszewski,
nazywa Erikę Steinbach "blond bestią", widać wyraźnie, że w stosunkach
polsko-niemieckich jest jeszcze bardzo wiele do wyjaśnienia. To raczej
nieeleganckie sformułowanie. Tym bardziej cieszę się, że Angela Merkel
ostatecznie pokazała, iż zależy jej w pierwszym rzędzie nie na niemieckich
wypędzonych, ale na niemieckiej racji stanu. A to oznacza podchodzenie z wielką
atencją do stosunków z Polską.
*Gerd Langguth, ur. 1946,
politolog, publicysta, profesor na Uniwersytecie w Bonn, w przeszłości także
polityk CDU. Od lat 70. związany z Fundacją Konrada Adenauera. Jest autorem
politycznych biografii kanclerz Angeli Merkel (2005) oraz prezydenta Republiki
Federalnej Horsta Köhlera (2007). Oprócz tego opublikował m.in. książki:
"Deutschland andenken. Eine Nation im Dialog" (1998), "Mythos ’68" (2001) oraz
"Das Innenleben der Macht. Krise und Zukunft der CDU".
"Europa" nr 279, 08.08.2009
|